Hej, ten blog będzie kontynuacją trylogii Igrzysk Śmierci, co pewnie po tytule widać.
Ja jestem ~ Invictus (z łaciny niepokonana) i będę pisać tego bloga. Mam nadzieje, że moja wersja kontynuacji wam się spodoba i... Co tu dużo gadać...
Nie odpowiadam za zrycie bani piosenką, nie płacę za pobyt w psychiatryku.
Jedziemy z pierwszym rozdziałem, na początek taki długaaśny, bo chcę sprawdzić czy się podoba, a na parę zdań, to trudno stwierdzić.
---------------------------------------------------------------------
Siedzę na parapecie okna i wpatruję się tępo w okno.
Sae chce mi wcisnąć coś do jedzenia, nie chcę.
Wracam do gapienia się jak debil w szybę, robię to już od jakiś czterech miesięcy, ale nie liczę tego, tak mi się wydaje. Niby szczęśliwi czasu nie liczą, ja nie liczę, ale ja nie jestem szczęśliwa, nic w moim życiu nie jest tak jak powinno. Jestem sama, Peeta się nie odzywa, prawie go nie widuje, Gale wyjechał, mama wyjechała, Prim nie żyje.
Haymitch czasem wciśnie mi flaszkę w łapę, ale co mi po tym? Odpowiedź brzmi - nic. Nie potrzebuje tej flachy, nie potrzebuje śpiewania pijackich piosenek, wiem, Haymitch to lubi, ale mi to wisi kalafiorem.
Wieczór, tak mi się wydaje, ciemno jest, a w domu Haymitcha nie palą się światła, widzę jak jakaś postać idzie do moich drzwi z butelkami w łapie. Haymitch się dobija do drzwi.
- Właź! - Wołam, a on włazi.
- Napić się przylazłem. Ty będziesz pić ze mną, bez dyskusji.
- Dawaj, nie udawaj! - Wyrywam mu jedną z butelek i zaczynam pić. Może i staje się pijakiem, ale przynajmniej to mi daje ucieczkę od problemów.
*PARĘ BUTELEK PÓŹNIEJ*
- Nie możesz zaprzeczyć - wpół mówi, wpół bełkocze Haymitch. - Procenty są zajebiste! - Wstaje z fotela, kołysze się i wylewa trochę bimbru. - Teraz ja coś zaśpiewam! - Wskakuje na stolik do kawy i śpiewa:
Zachodni wiatr! Zachodni wiatr!
Spierdolił majstra z dachuuu!
Na chuj tam wlazł! Na chuj tam wlazł!
Nie było by obciachuuu!
Wybucham śmiechem który przypomina parskanie i bulgot wody.
Po jeszcze paru pijackich piosenkach, mdleję na skutek alkoholu.
Budzi mnie dokuczliwy kac. Okropnie mnie boli głowa.
Kuźwa, myślę, trzeba to jakoś zwalczyć. Na myśl od razu przychodzi mi ekspert od kaców - Haymitch.
Powoli wlokę się do domu pijaka kołysząc się troszkę,
- Daj mi coś na kaca - mówię.
Haymitch siedzi na krześle, więcej nie widzę, włosy mi zasłaniają i głowę mam trochę spuszczoną a oczy przymknięte.
Nagle zauważam kto siedzi obok niego.
Nie, to nie może być prawda. Kaca miałam wcześniej tylko raz, ale wiem, że może mi namieszać w głowie, ale nie sądziłam, że do tego stopnia, że mam halucynacje.
A może to prawda?
Sama nie wiem.
W końcu pojmuje, Peeta siedzący obok Haymitcha jest prawdziwy.
Nie wiem co zrobić, tak za nim tęskniłam, ale co, mam się rzucić mu na szyję, pocałować go... Moje przemyślenia przerywa Peeta pytając:
- Czy wszystko dobrze, kochanie? - Zaraz, zaraz, czy on powiedział do mnie "kochanie"? Czyli jest nadzieja.
- Tak - staram się nie bełkotać.
- No nie wydaje mi się. - Przytula mnie. Znów go czuję, po tak długiej przerwie, czuje jego ciepło i zapach.
- Masz - Haymitch mi podaje jakiś proszek i wodę. Łykam to i znów przytulam się do Peety.
- Chodź - podnosi mnie delikatnie jak porcelanową lalkę i całuje. Niesie mnie do swojego domu. - Kocham cie, wiesz?
- Wiem.
Peeta sadza mnie na kanapie i przytula.
Dzwoni telefon. Peeta musi wstać by odebrać.
- Halo... Ta, Paylor, jest u mnie Katniss - na dźwięk imienia nowej prezydent Panem zaciekawiam się i przysłuchuje się rozmowie. Po dłuższym słuchaniu słyszę jak Peeta odpowiada: - Dobrze, przekaże jej. - Odkłada słuchawkę.
- Co jest?
- Paylor postanowiła, że ludzie z dystryktów nie mogą dłużej czekać i za godzinę przyśle po wszystkich zwycięzców pociągi, losowanie odbędzie się wieczorem. Jako iż jest tylko siedmiu zwycięzców przy życiu, każdy dostanie po trzech trybutów. A tak poza tym, chcesz przyjąć swoich trybutów skacowana? - Wiedziałam, że nadejdzie opieprz, za to, że się upiłam, na szczęście, ten opienicz nie jest taki jak ten przed Ćwierćwieczem, wtedy gdy upiłam się po raz pierwszy.
- No, a mam inny wybór?
- No nie bardzo.
- Właśnie, więc nie marudź.
- Katniss, ja nie chcę tam jechać, boję się, że coś mi zacznie błyszczeć.
- Nic ci nie zabłyszczy, obiecuje.
- Ale, jeśli jednak?
- Hej - podnoszę jego głowę, tak, by musiał patrzeć w moje oczy. - Nawet ci nie wolno tak myśleć, wyleczyli cie, jesteś taki jak kiedyś - Wiem, że to nie do końca prawda, nigdy nie będzie taki jak kiedyś, ale należy spróbować.
- Katniss, błagam cię, nie każ mi tam jechać - błaga mnie jak dziecko, jakby miał pięć lat, przeskrobał coś i nie chciał kary.
- Musimy - pęka mi serce gdy wypowiadam te słowo, jego głos był tak błagalny i smutny. - Paylor się wkurzy jak nas tam nie będzie.
- Gdzieś mam całą tę Paylor!
- Peeta, ona jest prezydentem, wiem, że my zawsze mieliśmy gdzieś zasady ale teraz, po rewolucji musimy się stosować do rozkazów.
- Musimy?
- Niestety.
Przytulam go
- Będzie dobrze - mówię jeszcze.
***
Wychodzimy z pociągu, patrzę na Peetę, już na pierwszym schodku dworca zakłada mi obie ręce między szyje a głowę układa na moich ramionach, tak by widział ziemie przede mną. Rozumiem o co mu chodzi, nie chce widzieć Kapitolu.
Johanna również spuszcza głowę i patrzy się na kafelki dworca.
Przemierzamy tak całą drogę.
Haymitch puka mnie w ramie.
- Zwycięzcy mają iść na spotkanie z Paylor i resztą tej jej bandy świrów - Haymitch mówi to spokojnie, mamy wolność słowa, co oznacza, że każdy może do woli mówić co mu się podoba o wszystkich, nawet o władzy. - Macie piętnaście minut, potem spotykamy się tu.
- Ja mogę tu zostać - oznajmiam.
- A ja pójdę się wykąpać - mówi Peeta.
- Skarbie, ty idziesz tam - mentor wskazuje Pałac Sprawiedliwości - policja - Haymitch mówi o odpowiedniku Strażników Pokoju, nie są tak brutalni i nie mają tak wielkiej władzy. - Zaprowadzi cię do pokoju w którym jest cały ten cyrk.
Idę więc do pokoju z tym całym cyrkiem.
Widzę pięć osób. Przed sobą mają kartki z nazwiskami i stanowiskami. Paylor siedzi przy stole, przy kartce z napisem: "PAYLOR KENTO PREZYDENT PANEM, DYSTRYKT 8". Po jej lewej siedzi kobieta o płomiennie rudych włosach z białymi pasemkami, papier obok niej głosi: "EVELYNN SEVEN PRZEDSTAWICIEL DYSTRYKTÓW, DYSTRYKT 11", po lewej Evelynn siedzi mężczyzna z popielatymi włosami i okularami. Jego kartka mówi "CUBE DREP DORADCA PREZYDENT, DYSTRYKT 3", obok siebie ma kobietę, bardzo młodą, ma jakieś dwadzieścia pięć lat i czarne włosy za stół, więc zgaduje, że są bardzo długie, ma również arkusz papieru który mówi "AMY CLEVERWOOD PRZEDSTAWICIEL KAPITOLU, KAPITOL".
Ale pal licho całą tę czwórkę.
Patrzę na miejsce po prawej Paylor.
Krzesło jest zajęte przez nie byle jaką osobę.
Przez bardzo dobrze znajomą mi osobę.
Przez osobę z Dwunastki.
Osoba ta, ma przed sobą kartkę z napisem "GALE HAWTHORNE ZASTĘPCA PREZYDENT, DYSTRYKT 12"
Serce mi zamiera, nie wiem czemu. Jak on się tam wkręcił? Przecież, jak? Przecież... Jestem tak zaskoczona, że nawet nie potrafię wydukać myśli, a co dopiero zdania, więc mruczę tylko:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry, Katniss - odpowiada mi Paylor. - Usiądź, proszę. - Wskazuje siedem krzeseł, wymieram to dalej Gale'a.
Nie myślę o Gale'u, myślę o Prim i masie dzieci zabitych przez jego bombę.
Po paru minutach pojawiają się wszyscy zwycięzcy. Peeta siada obok mnie i obejmuje ramieniem. Johanna posyła nam wymowna spojrzenie i przewraca oczami.
- Jak wy to robicie, że człowiek widzi was niecałe parę minut i już mu się zbiera na bełty? - pyta nas Johanna która siedzi obok mnie.
Wymierzam łokieć, posyłam go w żebra Johanny i pokazuje jęzor.
- Jak dzieci - stwierdza Haymitch. W odpowiedzi również on jest odbiorcą widoku mojego języka.
- Spokój! - zarządza prezydent Panem. - Jak wiecie, za godzinę odbędzie się losowanie dzieci z Kapitolu, każdy z was dostanie trójkę dzieci którym będzie mentorował. Wtedy będzie dwadzieścia jeden dzieci więc liczba będzie bliska do liczby dzieci z dystryktów. Dzieci będą w wieku 10 - 16 lat.
Co!? Obniżono wiek!? Wiek 12 - 18 wydawał mi się okrutny, ale to to już przeginka! Ale powinni skosztować własnego lekarstwa, nie wiem co myśleć... Z jednej strony jest "To okrutne!", ale z drugiej "No i co? Zemsta to zemsta, a ona rządzi się własnymi prawami".
Paylor kontynuuje:
- Dzieci te będą dziećmi, kuzynami, siostrzeńcami i w ogóle rodziną ludzi odpowiedzialnych za igrzyska, kontynuacje igrzysk i tego typu rzeczy. Tu macie rozmieszczenia waszych pięter w nowym Ośrodku Szkoleniowym. - Każdy dostaje kartkę papieru. Czytam ją.
Rozmieszczenie pięter.
1. Katniss Everdeen
2. Beetee Latier
3. Haymitch Abernathy
4. Johanna Mason
5. Enobaria Taree
6. Annie Cresta
7. Peeta Mellark
Nie mam z Peetą wspólnej sypialni, co oznacza koszmary. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Gale przy tym majstrował.
Jak widzę, jeszcze jest jak największa przepaść między piętrem moi, a Peety.
Nie wytrzymuje i pytam:
- Kto przydzielał piętra?
- Komputer - mówi Gale nawet na mnie nie patrząc, zajęty jest jakąś teczką.
A na końcu tęczy jest ludzik z garnkiem złota, myślę.
- Możecie iść, to wszystko co mieliśmy do przekazania - żegna zwycięzców Paylor.
- Do widzenia - rozlega się zgodny pomruk i szuranie krzeseł, jak w klasie.
Moja ekipa, jak zwykle trajkocze, a to, o tym jak jestem zaniedbana, a to o tym jaką okropną sukienkę miała jakaś aktoreczka, a to o tym na jaką cudną kreację się dziś nadziali w równie cudnym sklepie. Jednym słowem, trajkotanie o dupie Marynie.
- Katniss, myślałaś o zmianie koloru skóry? - pyta mnie Flavius
- Nie, Flavius.
- Na przykład na zieleń trawy - widać nie rozumie co znaczy "Nie".
- Moja skóra pozostanie taka, jaka jest, aż do końca życia, lubię zieleń, ale nie aż tak.
Flavius daje sobie spokój.
Po paru minutach wyglądam całkiem nieźle w butelkowej czerwonej, rozkloszowanej sukience trochę ponad kostki.
Jestem za kulisami. Kaszlę w oparach lakieru którym niemiłosiernie Venia katuje moje włosy i płuca.
- Już, Venia, wystarczy! - na wpół wykasłuje, na wpół mówię to zdanie.
- Katniss, to ci się zaraz rozwali - tak, zwykły warkocz, który nie rozwala się w lesie nawet 12 godzin, nagle rozwali się w Kapitolu, na pewno. Przewracam oczami i daje Veni dokończyć.
Peeta łapie mnie za rękę i całuje. Operator kamery popędza nas więc wychodzimy. Publika szaleje.
Serio, wy tu szalejecie na nasz widok, a my prowadzimy wasze dzieci na śmierć? Nigdy was nie zrozumiem. - Myślę.
- Spotkaliśmy się, by rozpocząć Siedemdziesiąte Szóste Igrzyska Głodowe! - Paylor osobiście będzie losować. Dalej wyjaśnia co się zmieniło w zasadach.
Odsłuchaliśmy wojennej pieśni:
Usłyszałem ich wołających z oddali
Więc spakowałem moje rzeczy i pobiegłem
Z dala od wszystkich problemów
Które sam spowodowałem
Pojechaliśmy sami
Z niczym prócz cienia
Uciekliśmy daleko
Nie zagalopuj się
Walcz póki słońce nie zajdzie
Przez lasy pędziliśmy
Głęboko w dźwięk gór
Walcz
Walcz póki słońce nie zajdzie
Niektórzy mieli blizny, a niektórzy zadrapania
To sprawiało, że interesowałem się ich przeszłością
I gdy się rozglądnąłem
Zdałem sobie sprawę
Że byliśmy zupełnie inni jak reszta
Nie zagalopowuj się
Walcz póki słońce nie zajdzie
Przez lasy pędziliśmy
Głęboko w dźwięk gór
Walcz
Śpij póki słońce nie zajdzie
Przez lasy pędziliśmy
Whoa-oh-oh-oh-OH
Walczmy aż do zachodu słońca
Whoa-oh, whoa-oh
Walczmy aż do zachodu słońca
Whoa-oh, whoa-oh
Walczmy aż do zachodu słońca
La la la, whoa-oh-oh-oh-OH
La la la, walczmy aż do zachodu słońca
La la la, whoa-oh, whoa-oh
La la la, walczmy aż do zachodu słońca
[Od Invictus: To troszeczkę pozmieniane tłumaczenie "Mountian
Sound" autorstwa Of Monsters And Men."]
- Na początek trybuci Katniss Everdeen.
Podchodzę do Paylor która losuje dwie kartki z puli dziewcząt.
- Aliee Snow i Poleekey Crane
Wnuczka Snowa i córka człowieka dzięki któremu nie musiałam zabijać ostatniej osoby na igrzyskach - Peety.
- Chłopiec to: Ennop Therelee - Nie wiem kto to, pewnie są spokrewnieni z jakimiś organizatorami czy coś.
Idę na kanapę a obok mnie siadają moi trybuci. Poleekey się do mnie przytula.
- Trybutki Johanny Mason to: Aleewhy Street i Telpiee Count.
Trybutem jest Emmet Kayloo. Nie znam czwórki którą ma się opiekować Ciemna Masa ale ich mentorka wykazuje obojętność na nich, jak to Johanna, pewnie oleje jej rolę.
Annie ma Kirike Klee, Calm There i chłopca, Teere'ego Lameersa.
Haymitchowi przydzielono bliźniaczki z nazwiskiem które mnie niezbyt obchodzi i chłopca, chyba najstarszego dotychczas, Andi'ego Koltee.
Peeta ma Jaylee Cartoon, Meetlre Harlee i chłopca, najstarszego jaki mógłby być, ale nie jest groźny, jest komicznie przebrany i pomalowany.
Enobaria ma trojaczki jakiegoś najbardziej hojnego sponsora.
Beetee ma Clothe Kolle, Akoo Hree i Bena Klopee.
Już po Dożynkach. Moi trybuci poszli na swoje piętro, ale ja nie potrafię się zmusić by wyjść z ramion Peety, więc stoimy w windzie przytulając się. Całuję go. Do windy wchodzi Haymitch.
- Powrót na piętra, ale już!
Już drugi raz pokazuje dziś Haymitchowi język.
Idę do windy, olewam zalecenie Haymitcha. Jadę na piętro Peety, obudziły mnie koszmary. Peeta mnie nie odprawi, jestem tego pewna.
Pukam do drzwi z napisem "MENTOR", uchylam je delikatnie.
- Co jest, Katniss? - pyta z troską w głosie.
- Tęsknię z tobą.
- I na to się znajdzie sposób. - rozkłada ramiona, a ja pośpiesznie w nie wbiegam. Peeta całuje mnie w szyje.
Momentalnie zasypiam.
Budzę się z szczęściem, Peeta jeszcze śpi. Nie mam zamiaru go budzić. Tylko leżę w jego ramionach.
Peeta zrywa się z łóżka jak oparzony. Źrenice ma tak rozszerzone, że prawie nie widać błękitu. Wiem co się stanie.
- To ty chciałaś tych igrzysk! - wskazuje na mnie palcem.
- Peeta, uspokój się.
Nie robi tego, kopie w łóżko. Postanawiam mu pomóc, zaplatam ręce na jego szyji.
- Peeta, spokojnie - przemawiam kojącym i delikatnym tonem. Łapie mnie za brzuch, chyba mnie obejmuje, albo chce to zrobić.- Peeta?
- Ty mi już nie Peetuj! - odpycha mnie, wykorzystując dłonie na moim brzuchu. Grzmotam o podłogę z impetem. Ból rozlega mi się po ciele. Peeta unosi nogę i kopie mnie w brzuch, kolejny kopniak pada na żebra.
Zaczynam cicho szlochać. Zmiechowi, nie mogę go nazwać Peetą, chyba się to podoba. Kolejny kop. Coraz bardziej szlocham. Peeta-zmiech chyba zastanawia się gdzie uderzyć.
Teraz, myślę i uciekam do drzwi, potem do windy. Osuwam się na ścianę windy, szlochając, wszystko mnie boli, ale ból psychiczny jest większy.
Wciskam guzik. Drzwi otwierają się po paru minutach. Idę, kuśtykając i pochlipując.
- Katniss? - Poleekee patrzy na mnie. Oczy ma równie niebieskie jak Peeta, a głos w podobnej barwie... To tylko sprawia, że jeszcze bardziej moczę twarz łzami.
- Zostaw, Poleekee.
- Wiem co jej jest.
Uśmiech złośliwy, ręce założone na piersiach, te same oczy i kości policzkowe, tak podobne jakby ktoś żywcem zdarł je z jej dziadka. Dziewczyna jest cholernie podobna do niego.
To bez wątpienia wnuczka Snowa.
- Aliee, czy mogłabyś wyjść, nie widzisz w jakim ona jest stanie? - Poleekee bierze moją stroną, ale młoda Snow mnie nie bardzo obchodzi.
- Hah, myślałam, że córka organizatora igrzysk okaże więcej wstrzemięźliwości, co do marnych zwycięzców igrzysk.
- Dobrze wiesz, że był do tego zmuszany!
Dziewczynki się trochę kłócą, wykorzystuje to by pójść do siebie.
Zwijam się w kłębek na łóżku i płaczę, siedzę tak z godzinę, regularnie moim ciałem podrywa szloch.