poniedziałek, 14 lipca 2014

3

   No wiem, że pewnie już wieszacie na mnie psy, ale sprawy, rozpiernicz, hemoglobina, infiltracja, taka sytuacja. Poprawię się. 

----------------------------------------------------------
   Spaceruję sobie samotnie. Towarzyszy mi zachodzące słońce. Dostrzegam w oddali plac zabaw dla kapitolońskich dzieci, których w tym momencie nie ma, większość teraz siedzi w domach, bo ciemno się robi. Wchodzę na plac i siadam na huśtawce. Kiedyś w szkole bujałam się na jednej z dwóch spróchniałych przed naszą szkołą, miałam wtedy siedem lat. 
   Bujam nogami, aby się rozpędzić. Po paru minutach bujam się mocno. Za moimi plecami rozlega się głos:
- Nie jesteś na to za stara? 
Odwracam głowę i widzę Gale'a.
- Nie! A Ty po co wchodzisz na plac? Czy Ty też nie jesteś za stary?
- Każdy by wszedł jakby zobaczył dorosłą osobę huśtającą się jak dziecko - Gale siada na drugiej huśtawce. - Ale tak z innej beczki, Haymitch ci powiedział?
- Co powiedział? 
Gale klepie się otwartą dłonią, a ta spływa mu po twarzy. 
- Wiem, że nie będziesz w niebo wzięta, ale każdy Zwycięzca który przyjechał do Kapitolu, MUSI się spotkać z doktorem Aurelliusem. To pomysł Paylor.
   Wiem jedno, nie chcę go widzieć, nie potrzebuję go, sama wiem jak o siebie zadbać... Dobra, nie wiem jak to zrobić, ale on mi w tym na pewno nie pomoże. 
- Nie potrzebuje go, radzę sobie doskonale. 
Gale patrzy się na zakrwawiony bandaż na mojej ręce. 
- No widać... - kręci głową z dezaprobatą. - Katniss, pamiętasz Betty z mojej klasy?
   Betty to dziewczyna z Dwunastki, ona się cięła, zginęła podczas nalotu. Mama ją kiedyś odratowała. 
   Chowam rękę, tak aby Gale nie widział. 
- Nie. 
- Nie kłam, Katniss. Po co to zrobiłaś?
- A co cię to obchodzi?
- Bo się martwię! 
- Wiem jak o siebie zadbać. 
On jednak nie wydaje się przekonany.
- Przez ostatnie cztery miesiące się tylko upijałaś z Haymitchem. 
- Może i się upijam, nic ci do tego. 
Dźwięk komórki. Gale wyjmuje smartfona z kieszeni, stopuje huśtawkę i odbiera. 
- Paylor, co się dzieje?.. Co? Okey, będę - rozłącza się. - Muszę iść - zeskakuje z huśtawki. 


***


   Wkładam czarny sweter i spodnie koloru khaki.
- Kazali mi iść z tobą - odzywa się Peeta za moimi plecami. - Haymitch uważa, że będziesz kłamała. 
- Więc Haymitch się myli - warczę. 
- Chodź nie marudź - łapie mnie za dłoń i splata palce z moimi. Idziemy do wyjścia, potem do gabinetu tego całego Aurelliusa. 
   W poczekalni siedzi naburmuszona Johanna, jej też się to nie podoba. 
- Poroniony pomysł z tym całym doktorkiem. Ciekawe co za kretyn to wymyślił...
- Paylor - mówię. 
- Bo ta to się niby zna - Johanna prycha. 
- Panna Mason - doktor wychodzi przed drzwi gabinetu, Enobaria wychodzi posyłając mu wściekłe spojrzenia. 
- Ani mi się śni - warczy Ciemna Masa, ale idzie. 
Po paru minutach przychodzi Annie i siada na fotelu obok. 
   Johanna wychodzi z gabinetu wściekła, jeśli życie byłoby kreskówką, Johannie właśnie by dymiło z uszu. 
- Panna Everdeen. 
Posyłam spojrzenie zdolne zabić doktorowi. Peeta kładzie mi rękę na łopatkach i delikatnie pcha do przodu, więc idę, a on za mną. 
Johanna śmieje się pod nosem. 
- Nie no, oni są naprawdę nie rozłączni. 
Zanim wejdę do gabinetu, dyskretnie zaciągam rękaw swetra do połowy palców i podkulam je. Peeta łapie mnie za tą rękę i próbuje rozerwać moje palce ściskające materiał, nie daję mu jednak tego zrobić. Dodatkowo chowam rękę za plecami, łapiąc drugą dłonią za nadgarstek. Peeta posyła mi spojrzenie, którego znaczenie potrafię tylko ja odszyfrować. Znaczy: Zostaw tę rękę do cholery! Bo co innego miałoby znaczyć?
Wchodzę do pokoiku i kręci mnie w nosie od tak niegustownych perfum pokoju- cynamon z asfaltem po deszczu, nie wąchałam w życiu gorszego połączenia. (Nie licząc róż i krwi.)
Doktor siada na swoim krześle, a my naprzeciw, facet w wiecznie brudnym kitlu parę razy przejeżdża wzrokiem specjalisty po mnie, potem pisze na clipboardzie mówiąc sobie co ma napisać:
- Obiekt ubiera się na czarno, oznaka żałoby, smutku i załamania. 
-A khaki to co!? - warczę. - Seledynowy łamany przez pięć w tęczowe kwiatki?!
- Obiekt wyraża agresję werbalną - mamrocze znów. 
Teraz rozumiem irytację Johanny.
- Co?! 
- Obiekt nie przyjmuje faktów do wiadomości. 
Kretyn nic więcej! 
- Dobrze, a teraz zadam Ci parę pytań, proszę o szczere odpowiedzi. Zgadzasz się?
Kiwam głową, nie bardzo przekonana. 
- Ile jesz?
- Cztery, pięć talerzy. Tak mniej więcej
- Katniss, nie kłam - odzywa się Peeta. 
- Chodź na słówko - ciągnę go za rękę na niemal drugi koniec pokoju i szepczę: - Cicho bądź, jak on się dowie, to wyląduję w pokoju bez klamek! Rozumiesz o co mi chodzi?
- Rozumiem Katniss, ale nie kłam - odszeptuje.
- A tak w ogóle, to skąd ty wiesz ile ja jem? 
- Sae nie przychodzi tylko do ciebie. 
Niezłe ziółko z tej Sae, myślę. Bo tak trudno trzymać język za zębami.Idę z powrotem na krzesło. 
- Więc ile jesz? - ponawia pytanie doktor. 
- Czasami nawet żadnego talerza dziennie. 
Doktor notuje. 
- Jak często wychodzisz na dwór?
To wszystko mnie już irytuje, więc mam ochotę obrócić to w ironiczny żart. 
- To jest to z kwiatkami, trawą, ziemią, świeżym powietrzem i słońcem? To nie, nie znam gościa. 
- Ironia - znów mamrocze bazgrząc na clipboardzie. - Dobrze, a teraz pokaż ręce. 
- Po co to Ci do szczęścia? Biografię mi napiszesz? - warczę. 
Peeta łapie dokładnie TĄ rękę pod stołem i szarpie, aby wyciągnąć ją do lekarza, tylko się uświadamiam, co on robi, od razu szapie dłoń do siebie, wiem jednak, że Peeta jest silniejszy, w końcu udowadnia to, wyciągając moje łapsko na stół i podwijając mój rękaw. 
- Może zobaczę co tam jest?
- A może nie? 
- Skoro nie, to nie. Możecie już iść.
- W końcu! 
Aurellius odprowadza nas do drzwi i woła Annie, a ona wchodzi do pokoiku.

- Nie było tak źle u doktora, co nie? - pyta się Peeta, kręcąc kosmyk moich włosów na palcu.
- Daj spokój, ten facet jest okropny.
Leżymy w łóżku, oglądając gwiazdy za oknem i rozmawiając. 
Wymieniamy jeszcze pare zdań i ja zasypiam. 




   











czwartek, 3 lipca 2014

2

    Rzadko dodaje, ale się to niedługo zmieni. Obiecuje. 

~ Invictus 
---------------------------------------
     Budzi mnie dokuczliwy ból w żebrach i stukanie w drzwi. Widocznie wczoraj, zalewając się łzami musiałam zasłabnąć. Może zasnąć, jeśli drugie, wydaje mi się niemożliwe, miałabym cholerne koszmary. 
- Proszę - wyrzucam gardłowo. Do pokoju wparowuje Johanna. 
- Co się stało? Wczoraj w nocy? - Johanna siada obok mnie i obejmuje mnie ramieniem. 
- Peeta znów miał... to - mam nadzieję, że rozumie, ubranie tego w słowa było by dla mnie jeszcze bardziej bolesne. Johanna rozumie. 
- A to nie było tak, że już jest Happy End? Że wy już w Dwunastce jesteście razem od jakichś czterech miesięcy?
- Nie, dopiero wczoraj rano. 
- Aha - mówi. - Nie rycz, makijaż rozmażesz - dodaje po chwili, po tym jak widzi pierwszą łzę na mojej oliwkowej twarzy. 
- Przecież ja nie noszę tapety!
- To wyobraź sobie! Wyobraźnia, ważna rzecz, więc jej łaskawie użyj - warczy.
    Johanna uspokaja mnie, ale z rysą swojej ostrości, ignorancji i nienawiści do całego świata. Przekazuje mi swoją siłę, nie jest delikatna, nie uważa by mnie choć trochę zranić. 
   Johanna w końcu uważa, że może wyjść. 
   Skubię tosta w salonie, moi trybuci już dawno poszli na trening. Nie mam dla nich rad, nigdy nie mentorowałam. 
   Idę do sypialni i leżę na plecach, z rozwalonymi ramionami i nogami w kierunku kątów łóżka. Mija mi tak połowa dnia. Potem zaczynam rozmyślać. Czy Peeta już znormalniał? Cholernie za nim tęsknię. 
   Z braku czegokolwiek, nawet jakiegoś impulsu z zewnątrz, zaczynam kurczowo zaciskać dłonie. Bieleją mi knykcie, w środku dłoni, jeden, długi paznokieć przebił delikatnie skórę. Nie boli, ale idę do apteczki na ścianie. Chociażby, aby mieć ten cholerny jeden impuls. Wyjmuje plaster, i widzę jak spada na ziemię żyletka, potrącona przez moją rękę. Schylam się i podnoszę. 
   Impuls. 
   To mnie właśnie trafiło. 
   Biorę żyletkę i nacinam rękę. 
   Ból. Jedyne co czuję. 
   Upadam, sama nie wiem dlaczego. 
   Krew na panelach leje się. 
   To nie śmiertelna rana, ale boli jakby taka właśnie była. 
   Leżę, patrzę na spływającą krew, nie wiem ile czasu, ale z pewnością sporo. Każda kropla powoduje nową falę bólu. 
   Puka ktoś. Nie chce mi się otwierać. Nie chce mi się żadnego towarzystwa. Pewnie to Haymitch z flachami. Nie, nie będę pić. Więc nic nie mówię. Stukanie staje się w szybkie walenie w drewno. Długo nic nie mówię, nie wydaje żadnych oznak życia. W końcu ten ktoś nie wytrzymuje i słyszę klikanie w zamku. 
- Katniss? - delikatny głos pyta się licha. Nie Haymitch. Niebieskie oczy omiatają pomieszczenie, w końcu schodzą na róg pokoju w którym leżę. - Co ty zrobiłaś? - słyszę głos pełen troski, podnosi mnie z ziemi. Jedna ręka wsuwa się pod kolana, druga pod plecy. Kładzie mnie na łóżko, siada obok mnie i niezdarnie bandażuje moją rękę. - Nie rób więcej takich rzeczy. Dobrze?
- Okey - przytulam go. - Zostaniesz? 
- Zawsze. 


    Dzień mija mi spokojnie. Leżę obok Peety i wpatruję się w zachodzące słońce za szybą. Jemu musi się to bardzo podobać. Rozumiem to piękny kolor.  Zasypiam razem ze słońcem. 


***

   Śnią mi się dwie osoby, nie widzę twarzy, stoją tak, że można zobaczyć tylko obszar nóg, widać dłonie splecione razem. Goła stopa kobiety jest obwiązana czerwoną nicią a drugi koniec nici wije się, plącze w mały supełek, aż w końcu dociera do kostek mężczyzny obok i zawiązuje się wokół stopy, tak samo jak kobiecie. W tle rozbrzmiewa piosenka, którą znam. Tej piosenki dla odmiany nauczyła mnie matka. To jedyna piosenka którą ona mi przekazała. 

   Tuż po samiuśkich narodzinach, 
   Bogowie o niepojętych siłach, 
   Na kostce ci zawiązali, 
   Nić niewidoczną i jak miłość czerwoną
   To ona wyznaczy czyją będziesz żoną. 
   Drugi jej koniec będzie przy twoim wybranku.
   Natkniesz się na nić, może po południu, 
   Może o poranku. 
   Wtedy będziesz ją zbierać, 
   Aż do jego przystanku. 
   Nić ta nigdy się nie rozpadnie.
   Nie rozmoczy się, nawet gdy deszcz spadnie.
   A po śmierci bardzo różne pary, 
   Stoją przed bogów posiadłością
   I dziękują im, że oni połączeni, 
   Wieczną, nicianą miłością. 


   Piosenka opowiada o starożytnej legendzie państwa zwanego Chiny, które zostały zmiecione z powierzchni świata na skutek wielu katastrof. Chińczycy mieli piękne legendy. Mama mi je opowiadała na dobranoc, jak byłam mała. 



***

   Katniss się budzi. 
- Hej - zarzuca mi ręce na szyje, staje na palcach i całuje mnie. Uśmiecha się, mimo jej promiennego uśmiechu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest smutna, może to przez bandaż na ręce. 
   Właśnie, ten bandaż i to co się kryje pod nim, to moja wina. Gdyby nie ja, to ona by sobie nic nie zrobiła. Nie umiem oceniać ran, czy to była śmiertelna czy nie. Jednak ona próbowała się zabić albo zranić. I to moja wina, bo inaczej czemu miałaby to robić, i akurat teraz? 



***


   Popołudniu chodzę po kapitolońskim rynku, brakowało mi świeżego powietrza przez te cztery miesiące w domu, poprawka, w jakimś mieszkaniu, ja nie czuję się tam jak w domu. 
   Siadam na ławeczce i nic nie robię. Podbiega do mnie mała dziewczynka, na oko siedem lat. Patrzy się na mnie wielkimi, czekoladowymi oczami a jej twarz jest otoczona masą rudych loków. Mała patrzy na mnie zdziwiona, zafascynowana i z szacunkiem. Nie wiem o- co jej chodzi, więc uśmiecham się zachęcając, by powiedziała o co jej chodzi. 
- W czym mogę pomóc? - pytam uprzejmie. 
- Łał, ty... ty... ty jesteś aniołem! - Oczy jej się jeszcze bardziej rozszerzają. 
   Że co!? Nie jestem aniołem, zabiłam masę osób, wywołałam tyle zła, nie jestem lepsza od najgorszych przestępców. 
- Co? 
- No to! Moja siostra uważa, że anioły mają bandaże na rękach, bo jest im źle na Ziemi. 
- Musisz mieć mądrą siostrę. 
- Miałam, Glimmer uważała, że dla aniołów prędzej czy później przyjdzie czas, by zabrano je z tego świata, wtedy jest im lepiej. 
Zabiłam jej siostrę i ona ze mną spokojnie rozmawia? I jej to nie boli? 
- To system, nie ty - jakby mi ta mała ruda w myślach czytała. 














sobota, 14 czerwca 2014

1:

  Hej, ten blog będzie kontynuacją trylogii Igrzysk Śmierci, co pewnie po tytule widać. 
 Ja jestem ~ Invictus (z łaciny niepokonana) i będę pisać tego bloga. Mam nadzieje, że moja wersja kontynuacji wam się spodoba i... Co tu dużo gadać... 
Nie odpowiadam za zrycie bani piosenką, nie płacę za pobyt w psychiatryku.
Jedziemy z pierwszym rozdziałem, na początek taki długaaśny, bo chcę sprawdzić czy się podoba, a na parę zdań, to trudno stwierdzić.
---------------------------------------------------------------------

  Siedzę na parapecie okna i wpatruję się tępo w okno. 
  Sae chce mi wcisnąć coś do jedzenia, nie chcę. 
  Wracam do gapienia się jak debil w szybę, robię to już od jakiś czterech miesięcy, ale nie liczę tego, tak mi się wydaje. Niby szczęśliwi czasu nie liczą, ja nie liczę, ale ja nie jestem szczęśliwa, nic w moim życiu nie jest tak jak powinno. Jestem sama, Peeta się nie odzywa, prawie go nie widuje, Gale wyjechał, mama wyjechała, Prim nie żyje.
  Haymitch czasem wciśnie mi flaszkę w łapę, ale co mi po tym? Odpowiedź brzmi - nic. Nie potrzebuje tej flachy, nie potrzebuje śpiewania pijackich piosenek, wiem, Haymitch to lubi, ale mi to wisi kalafiorem. 

  Wieczór, tak mi się wydaje, ciemno jest, a w domu Haymitcha nie palą się światła, widzę jak jakaś postać idzie do moich drzwi z butelkami w łapie. Haymitch się dobija do drzwi.
- Właź! - Wołam, a on włazi. 
- Napić się przylazłem. Ty będziesz pić ze mną, bez dyskusji.
- Dawaj, nie udawaj! - Wyrywam mu jedną z butelek i zaczynam pić. Może i staje się pijakiem, ale przynajmniej to mi daje ucieczkę od problemów. 


*PARĘ BUTELEK PÓŹNIEJ*


- Nie możesz zaprzeczyć - wpół mówi, wpół bełkocze Haymitch. - Procenty są zajebiste! - Wstaje z fotela, kołysze się i wylewa trochę bimbru. - Teraz ja coś zaśpiewam! - Wskakuje na stolik do kawy  i śpiewa:

 Zachodni wiatr! Zachodni wiatr!
Spierdolił majstra z dachuuu!
Na chuj tam wlazł! Na chuj tam wlazł!
Nie było by obciachuuu! 

 Wybucham śmiechem który przypomina parskanie i bulgot wody. 
  Po jeszcze paru pijackich piosenkach, mdleję na skutek alkoholu. 

  Budzi mnie dokuczliwy kac. Okropnie mnie boli głowa.
  Kuźwa, myślę, trzeba to jakoś zwalczyć.  Na myśl od razu przychodzi mi ekspert od kaców - Haymitch. 
  Powoli wlokę się do domu pijaka kołysząc się troszkę, 
- Daj mi coś na kaca - mówię. 
  Haymitch siedzi na krześle, więcej nie widzę, włosy mi zasłaniają i głowę mam trochę spuszczoną a oczy przymknięte. 
  Nagle zauważam kto siedzi obok niego.
  Nie, to nie może być prawda. Kaca miałam wcześniej tylko raz, ale wiem, że może mi namieszać w głowie, ale nie sądziłam, że do tego stopnia, że mam halucynacje.
  A może to prawda?
  Sama nie wiem.
  W końcu pojmuje, Peeta siedzący obok Haymitcha jest prawdziwy.
  Nie wiem co zrobić, tak za nim tęskniłam, ale co, mam się rzucić mu na szyję, pocałować go...  Moje przemyślenia przerywa Peeta pytając:
- Czy wszystko dobrze, kochanie? - Zaraz, zaraz, czy on powiedział do mnie "kochanie"? Czyli jest nadzieja. 
- Tak - staram się nie bełkotać. 
- No nie wydaje mi się. - Przytula mnie. Znów go czuję, po tak długiej przerwie, czuje jego ciepło i zapach. 
- Masz - Haymitch mi podaje jakiś proszek i wodę. Łykam to i znów przytulam się do Peety. 
- Chodź - podnosi mnie delikatnie jak porcelanową lalkę i całuje. Niesie mnie do swojego domu. - Kocham cie, wiesz? 
- Wiem. 
Peeta sadza mnie na kanapie i przytula.
   Dzwoni telefon. Peeta musi wstać by odebrać.
- Halo... Ta, Paylor, jest u mnie Katniss - na dźwięk imienia nowej prezydent Panem zaciekawiam się i przysłuchuje się rozmowie. Po dłuższym słuchaniu słyszę jak Peeta odpowiada: - Dobrze, przekaże jej. - Odkłada słuchawkę.
- Co jest?
- Paylor postanowiła, że ludzie z dystryktów nie mogą dłużej czekać i za godzinę przyśle po wszystkich zwycięzców pociągi, losowanie odbędzie się wieczorem. Jako iż jest tylko siedmiu zwycięzców przy życiu, każdy dostanie po trzech trybutów. A tak poza tym, chcesz przyjąć swoich trybutów skacowana? - Wiedziałam, że nadejdzie opieprz, za to, że się upiłam, na szczęście, ten opienicz nie jest taki jak ten przed Ćwierćwieczem, wtedy gdy upiłam się po raz pierwszy. 
- No, a mam inny wybór?
- No nie bardzo. 
- Właśnie, więc nie marudź.
- Katniss, ja nie chcę tam jechać, boję się, że coś mi zacznie błyszczeć. 
- Nic ci nie zabłyszczy, obiecuje. 
- Ale, jeśli jednak? 
- Hej - podnoszę jego głowę, tak, by musiał patrzeć w moje oczy. - Nawet ci nie wolno tak myśleć, wyleczyli cie, jesteś taki jak kiedyś - Wiem, że to nie do końca prawda, nigdy nie będzie taki jak kiedyś, ale należy spróbować. 
- Katniss, błagam cię, nie każ mi tam jechać - błaga mnie jak dziecko, jakby miał pięć lat, przeskrobał coś i nie chciał kary. 
- Musimy - pęka mi serce gdy wypowiadam te słowo, jego głos był tak błagalny i smutny. - Paylor się wkurzy jak nas tam nie będzie. 
- Gdzieś mam całą tę Paylor! 
- Peeta, ona jest prezydentem, wiem, że my zawsze mieliśmy gdzieś zasady ale teraz, po rewolucji musimy się stosować do rozkazów. 
- Musimy?
- Niestety.
Przytulam go
- Będzie dobrze - mówię jeszcze.

***

   

   Wychodzimy z pociągu, patrzę na Peetę, już na pierwszym schodku dworca zakłada mi obie ręce między szyje a głowę układa na moich ramionach, tak by widział ziemie przede mną. Rozumiem o co mu chodzi, nie chce widzieć Kapitolu. 
   Johanna również spuszcza głowę i patrzy się na kafelki dworca.
   Przemierzamy tak całą drogę. 
   Haymitch puka mnie w ramie.
- Zwycięzcy mają iść na spotkanie z Paylor i resztą tej jej bandy świrów - Haymitch mówi to spokojnie, mamy wolność słowa, co oznacza, że każdy może do woli mówić co mu się podoba o wszystkich, nawet o władzy. - Macie piętnaście minut, potem spotykamy się tu.
- Ja mogę tu zostać - oznajmiam.
- A ja pójdę się wykąpać - mówi Peeta.
- Skarbie, ty idziesz tam - mentor wskazuje Pałac Sprawiedliwości - policja - Haymitch mówi o odpowiedniku Strażników Pokoju, nie są tak brutalni i nie mają tak wielkiej władzy. - Zaprowadzi cię do pokoju w którym jest cały ten cyrk. 
   Idę więc do pokoju z tym całym cyrkiem. 
    Widzę pięć osób. Przed sobą mają kartki z nazwiskami i stanowiskami. Paylor siedzi  przy stole, przy kartce z napisem: "PAYLOR KENTO PREZYDENT PANEM, DYSTRYKT 8". Po jej lewej siedzi kobieta o płomiennie rudych włosach z białymi pasemkami, papier obok niej głosi: "EVELYNN SEVEN PRZEDSTAWICIEL DYSTRYKTÓW, DYSTRYKT 11", po lewej Evelynn siedzi mężczyzna z popielatymi włosami i okularami. Jego kartka mówi "CUBE DREP DORADCA PREZYDENT, DYSTRYKT 3", obok siebie ma kobietę, bardzo młodą, ma jakieś dwadzieścia pięć lat i czarne włosy za stół, więc zgaduje, że są bardzo długie, ma również arkusz papieru który mówi "AMY CLEVERWOOD PRZEDSTAWICIEL KAPITOLU, KAPITOL".
   Ale pal licho całą tę czwórkę. 
   Patrzę na miejsce po prawej Paylor.
   Krzesło jest zajęte przez nie byle jaką osobę.
   Przez bardzo dobrze znajomą mi osobę.
   Przez osobę z Dwunastki.
   Osoba ta, ma przed sobą kartkę z napisem "GALE HAWTHORNE ZASTĘPCA PREZYDENT, DYSTRYKT 12"
   Serce mi zamiera, nie wiem czemu. Jak on się tam wkręcił? Przecież, jak? Przecież...  Jestem tak zaskoczona, że nawet nie potrafię wydukać myśli, a co dopiero zdania, więc mruczę tylko:
- Dzień dobry.
- Dzień dobry, Katniss - odpowiada mi Paylor. - Usiądź, proszę. - Wskazuje siedem krzeseł, wymieram to dalej Gale'a. 
   Nie myślę o Gale'u, myślę o Prim i masie dzieci zabitych przez jego bombę. 
   Po paru minutach pojawiają się wszyscy zwycięzcy. Peeta siada obok mnie i obejmuje ramieniem. Johanna posyła nam wymowna spojrzenie i przewraca oczami.
- Jak wy to robicie, że człowiek widzi was niecałe parę minut i już mu się zbiera na bełty? - pyta nas Johanna która siedzi obok mnie.
Wymierzam łokieć, posyłam go w żebra Johanny i pokazuje jęzor. 
- Jak dzieci - stwierdza Haymitch. W odpowiedzi również on jest odbiorcą widoku mojego języka. 
- Spokój! - zarządza prezydent Panem. - Jak wiecie, za godzinę odbędzie się losowanie dzieci z Kapitolu, każdy z was dostanie trójkę dzieci którym będzie mentorował. Wtedy będzie  dwadzieścia jeden dzieci więc liczba będzie bliska do liczby dzieci z dystryktów. Dzieci będą w wieku 10 - 16 lat. 
   Co!? Obniżono wiek!? Wiek 12 - 18 wydawał mi się okrutny, ale to to już przeginka! Ale powinni skosztować własnego lekarstwa, nie wiem co myśleć... Z jednej strony jest "To okrutne!", ale z drugiej "No i co? Zemsta to zemsta, a ona rządzi się własnymi prawami".
   Paylor kontynuuje:
- Dzieci te będą dziećmi, kuzynami, siostrzeńcami i w ogóle rodziną ludzi odpowiedzialnych za igrzyska, kontynuacje igrzysk i tego typu rzeczy. Tu macie rozmieszczenia waszych pięter w nowym Ośrodku Szkoleniowym. - Każdy dostaje kartkę papieru. Czytam ją.



     Rozmieszczenie pięter.

  1. Katniss Everdeen
  2. Beetee Latier
  3. Haymitch Abernathy
  4. Johanna Mason
  5. Enobaria Taree
  6. Annie Cresta
  7. Peeta Mellark



   Nie mam z Peetą wspólnej sypialni, co oznacza koszmary. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Gale przy tym majstrował. 
  Jak widzę, jeszcze jest jak największa przepaść między piętrem moi, a Peety. 
  Nie wytrzymuje i pytam:
- Kto przydzielał piętra? 
- Komputer - mówi Gale nawet na mnie nie patrząc, zajęty jest jakąś teczką.
   A na końcu tęczy jest ludzik z garnkiem złota, myślę. 
- Możecie iść, to wszystko co mieliśmy do przekazania - żegna zwycięzców Paylor.
- Do widzenia - rozlega się zgodny pomruk i szuranie krzeseł, jak w klasie. 
  
   Moja ekipa, jak zwykle trajkocze, a to, o tym jak jestem zaniedbana, a to o tym jaką okropną sukienkę miała jakaś aktoreczka, a to o tym na jaką cudną kreację się dziś nadziali w równie cudnym sklepie. Jednym słowem, trajkotanie o dupie Marynie. 
- Katniss, myślałaś o zmianie koloru skóry? - pyta mnie Flavius
- Nie, Flavius.
- Na przykład na zieleń trawy - widać nie rozumie co znaczy "Nie".
- Moja skóra pozostanie taka, jaka jest, aż do końca życia, lubię zieleń, ale nie aż tak. 
   Flavius daje sobie spokój. 
   Po paru minutach wyglądam całkiem nieźle w butelkowej  czerwonej, rozkloszowanej sukience trochę ponad kostki.
   Jestem za kulisami. Kaszlę w oparach lakieru którym niemiłosiernie Venia katuje moje włosy i płuca. 
- Już, Venia, wystarczy! - na wpół wykasłuje, na wpół mówię to zdanie.
- Katniss, to ci się zaraz rozwali - tak, zwykły warkocz, który nie rozwala się w lesie nawet 12 godzin, nagle rozwali się w Kapitolu, na pewno. Przewracam oczami i daje Veni dokończyć. 
   Peeta łapie mnie za rękę i całuje. Operator kamery popędza nas więc wychodzimy. Publika szaleje. 
   Serio, wy tu szalejecie na nasz widok, a my prowadzimy wasze dzieci na śmierć? Nigdy was nie zrozumiem. - Myślę.
- Spotkaliśmy się, by rozpocząć Siedemdziesiąte Szóste Igrzyska Głodowe! - Paylor osobiście będzie losować. Dalej wyjaśnia co się zmieniło w zasadach.
   Odsłuchaliśmy wojennej pieśni:

Usłyszałem ich wołających z oddali

Więc spakowałem moje rzeczy i pobiegłem

Z dala od wszystkich problemów


Które sam spowodowałem


Pojechaliśmy sami


Z niczym prócz cienia


Uciekliśmy daleko

Nie zagalopuj się


Walcz póki słońce nie zajdzie


Przez lasy pędziliśmy

Głęboko w dźwięk gór


Walcz


Walcz pók
i słońce nie zajdzie


Niektórzy mieli blizny, a niektórzy zadrapania


To sprawiało, że interesowałem się ich przeszłością


I gdy się rozglądnąłem 


Zdałem sobie sprawę

Że byliśmy zupełnie inni jak reszta


Nie zagalopowuj się


Walcz póki słońce nie zajdzie

Przez lasy pędziliśmy


Głęboko w dźwięk gór


Walcz


Śpij póki słońce nie zajdzie


Przez lasy pędziliśmy

Whoa-oh-oh-oh-OH


Walczmy aż do zachodu słońca


Whoa-oh, whoa-oh

Walczmy aż do zachodu słońca


Whoa-oh, whoa-oh


Walczmy aż do zachodu słońca

La la la, whoa-oh-oh-oh-OH


La la la, walczmy aż do zachodu słońca


La la la, whoa-oh, whoa-oh

La la la, walczmy aż do zachodu słońca


[Od Invictus: To troszeczkę pozmieniane tłumaczenie "Mountian

Sound" autorstwa Of Monsters And Men."]

 - Na początek trybuci Katniss Everdeen. 
   Podchodzę do Paylor która losuje dwie kartki z puli dziewcząt.
- Aliee Snow i Poleekey Crane
   Wnuczka Snowa i córka człowieka dzięki któremu nie musiałam zabijać ostatniej osoby na igrzyskach - Peety. 
- Chłopiec to: Ennop Therelee  - Nie wiem kto to, pewnie są spokrewnieni z jakimiś organizatorami czy coś.  
   Idę na kanapę a obok mnie siadają moi trybuci. Poleekey się do mnie przytula. 
- Trybutki Johanny Mason to: Aleewhy Street i Telpiee Count. 
   Trybutem jest Emmet Kayloo. Nie znam czwórki którą ma się opiekować Ciemna Masa ale ich mentorka wykazuje obojętność na nich, jak to Johanna, pewnie oleje jej rolę. 
   Annie ma Kirike Klee, Calm There i chłopca, Teere'ego Lameersa.
   Haymitchowi przydzielono bliźniaczki z nazwiskiem które mnie niezbyt obchodzi i chłopca, chyba najstarszego dotychczas, Andi'ego Koltee.
   Peeta ma Jaylee Cartoon, Meetlre Harlee i chłopca, najstarszego jaki mógłby być, ale nie jest groźny, jest komicznie przebrany i pomalowany.
   Enobaria ma trojaczki jakiegoś najbardziej hojnego sponsora.
   Beetee ma Clothe Kolle, Akoo Hree i Bena Klopee.


   Już po Dożynkach. Moi trybuci poszli na swoje piętro, ale ja nie potrafię się zmusić by wyjść z ramion Peety, więc stoimy w windzie przytulając się. Całuję go. Do windy wchodzi Haymitch.
- Powrót na piętra, ale już!
Już drugi raz pokazuje dziś Haymitchowi język. 
  

   Idę do windy, olewam zalecenie Haymitcha. Jadę na piętro Peety, obudziły mnie koszmary. Peeta mnie nie odprawi, jestem tego pewna.
   Pukam do drzwi z napisem "MENTOR", uchylam je delikatnie.
- Co jest, Katniss? - pyta z troską w głosie.
- Tęsknię z tobą.
- I na to się znajdzie sposób. - rozkłada ramiona, a ja pośpiesznie w nie wbiegam. Peeta całuje mnie w szyje.
   Momentalnie zasypiam.
   
   Budzę się z szczęściem, Peeta jeszcze śpi. Nie mam zamiaru go budzić. Tylko leżę w jego ramionach.
   Peeta zrywa się z łóżka jak oparzony. Źrenice ma tak rozszerzone, że prawie nie widać błękitu. Wiem co się stanie.
- To ty chciałaś tych igrzysk! - wskazuje na mnie palcem.
- Peeta, uspokój się.
   Nie robi tego, kopie w łóżko. Postanawiam mu pomóc, zaplatam ręce na jego szyji. 
- Peeta, spokojnie - przemawiam kojącym i delikatnym tonem. Łapie mnie za brzuch, chyba mnie obejmuje, albo chce to zrobić.- Peeta?
- Ty mi już nie Peetuj! - odpycha mnie, wykorzystując dłonie na moim brzuchu. Grzmotam o podłogę z impetem. Ból rozlega mi się po ciele. Peeta unosi nogę i kopie mnie w brzuch, kolejny kopniak pada na żebra. 
   Zaczynam cicho szlochać. Zmiechowi, nie mogę go nazwać Peetą, chyba się to podoba. Kolejny kop. Coraz bardziej szlocham. Peeta-zmiech chyba zastanawia się gdzie uderzyć.
  Teraz, myślę i uciekam do drzwi, potem do windy. Osuwam się na ścianę windy, szlochając, wszystko mnie boli, ale ból psychiczny jest większy.  
   Wciskam guzik. Drzwi otwierają się po paru minutach. Idę, kuśtykając i pochlipując. 
- Katniss? - Poleekee patrzy na mnie. Oczy ma równie niebieskie jak Peeta, a głos w podobnej barwie... To tylko sprawia, że jeszcze bardziej moczę twarz łzami. 
- Zostaw, Poleekee. 
- Wiem co jej jest. 
   Uśmiech złośliwy, ręce założone na piersiach, te same oczy i kości policzkowe, tak podobne jakby ktoś żywcem zdarł je z jej dziadka. Dziewczyna jest cholernie podobna do niego.
   To bez wątpienia wnuczka Snowa.
- Aliee, czy mogłabyś wyjść, nie widzisz w jakim ona jest stanie? - Poleekee bierze moją stroną, ale młoda Snow mnie nie bardzo obchodzi.
- Hah, myślałam, że córka organizatora igrzysk okaże więcej wstrzemięźliwości, co do marnych zwycięzców igrzysk. 
- Dobrze wiesz, że był do tego zmuszany!  
    Dziewczynki się trochę kłócą, wykorzystuje to by pójść do siebie.
     Zwijam się w kłębek na łóżku i płaczę, siedzę tak z godzinę, regularnie moim ciałem podrywa szloch.