poniedziałek, 14 lipca 2014

3

   No wiem, że pewnie już wieszacie na mnie psy, ale sprawy, rozpiernicz, hemoglobina, infiltracja, taka sytuacja. Poprawię się. 

----------------------------------------------------------
   Spaceruję sobie samotnie. Towarzyszy mi zachodzące słońce. Dostrzegam w oddali plac zabaw dla kapitolońskich dzieci, których w tym momencie nie ma, większość teraz siedzi w domach, bo ciemno się robi. Wchodzę na plac i siadam na huśtawce. Kiedyś w szkole bujałam się na jednej z dwóch spróchniałych przed naszą szkołą, miałam wtedy siedem lat. 
   Bujam nogami, aby się rozpędzić. Po paru minutach bujam się mocno. Za moimi plecami rozlega się głos:
- Nie jesteś na to za stara? 
Odwracam głowę i widzę Gale'a.
- Nie! A Ty po co wchodzisz na plac? Czy Ty też nie jesteś za stary?
- Każdy by wszedł jakby zobaczył dorosłą osobę huśtającą się jak dziecko - Gale siada na drugiej huśtawce. - Ale tak z innej beczki, Haymitch ci powiedział?
- Co powiedział? 
Gale klepie się otwartą dłonią, a ta spływa mu po twarzy. 
- Wiem, że nie będziesz w niebo wzięta, ale każdy Zwycięzca który przyjechał do Kapitolu, MUSI się spotkać z doktorem Aurelliusem. To pomysł Paylor.
   Wiem jedno, nie chcę go widzieć, nie potrzebuję go, sama wiem jak o siebie zadbać... Dobra, nie wiem jak to zrobić, ale on mi w tym na pewno nie pomoże. 
- Nie potrzebuje go, radzę sobie doskonale. 
Gale patrzy się na zakrwawiony bandaż na mojej ręce. 
- No widać... - kręci głową z dezaprobatą. - Katniss, pamiętasz Betty z mojej klasy?
   Betty to dziewczyna z Dwunastki, ona się cięła, zginęła podczas nalotu. Mama ją kiedyś odratowała. 
   Chowam rękę, tak aby Gale nie widział. 
- Nie. 
- Nie kłam, Katniss. Po co to zrobiłaś?
- A co cię to obchodzi?
- Bo się martwię! 
- Wiem jak o siebie zadbać. 
On jednak nie wydaje się przekonany.
- Przez ostatnie cztery miesiące się tylko upijałaś z Haymitchem. 
- Może i się upijam, nic ci do tego. 
Dźwięk komórki. Gale wyjmuje smartfona z kieszeni, stopuje huśtawkę i odbiera. 
- Paylor, co się dzieje?.. Co? Okey, będę - rozłącza się. - Muszę iść - zeskakuje z huśtawki. 


***


   Wkładam czarny sweter i spodnie koloru khaki.
- Kazali mi iść z tobą - odzywa się Peeta za moimi plecami. - Haymitch uważa, że będziesz kłamała. 
- Więc Haymitch się myli - warczę. 
- Chodź nie marudź - łapie mnie za dłoń i splata palce z moimi. Idziemy do wyjścia, potem do gabinetu tego całego Aurelliusa. 
   W poczekalni siedzi naburmuszona Johanna, jej też się to nie podoba. 
- Poroniony pomysł z tym całym doktorkiem. Ciekawe co za kretyn to wymyślił...
- Paylor - mówię. 
- Bo ta to się niby zna - Johanna prycha. 
- Panna Mason - doktor wychodzi przed drzwi gabinetu, Enobaria wychodzi posyłając mu wściekłe spojrzenia. 
- Ani mi się śni - warczy Ciemna Masa, ale idzie. 
Po paru minutach przychodzi Annie i siada na fotelu obok. 
   Johanna wychodzi z gabinetu wściekła, jeśli życie byłoby kreskówką, Johannie właśnie by dymiło z uszu. 
- Panna Everdeen. 
Posyłam spojrzenie zdolne zabić doktorowi. Peeta kładzie mi rękę na łopatkach i delikatnie pcha do przodu, więc idę, a on za mną. 
Johanna śmieje się pod nosem. 
- Nie no, oni są naprawdę nie rozłączni. 
Zanim wejdę do gabinetu, dyskretnie zaciągam rękaw swetra do połowy palców i podkulam je. Peeta łapie mnie za tą rękę i próbuje rozerwać moje palce ściskające materiał, nie daję mu jednak tego zrobić. Dodatkowo chowam rękę za plecami, łapiąc drugą dłonią za nadgarstek. Peeta posyła mi spojrzenie, którego znaczenie potrafię tylko ja odszyfrować. Znaczy: Zostaw tę rękę do cholery! Bo co innego miałoby znaczyć?
Wchodzę do pokoiku i kręci mnie w nosie od tak niegustownych perfum pokoju- cynamon z asfaltem po deszczu, nie wąchałam w życiu gorszego połączenia. (Nie licząc róż i krwi.)
Doktor siada na swoim krześle, a my naprzeciw, facet w wiecznie brudnym kitlu parę razy przejeżdża wzrokiem specjalisty po mnie, potem pisze na clipboardzie mówiąc sobie co ma napisać:
- Obiekt ubiera się na czarno, oznaka żałoby, smutku i załamania. 
-A khaki to co!? - warczę. - Seledynowy łamany przez pięć w tęczowe kwiatki?!
- Obiekt wyraża agresję werbalną - mamrocze znów. 
Teraz rozumiem irytację Johanny.
- Co?! 
- Obiekt nie przyjmuje faktów do wiadomości. 
Kretyn nic więcej! 
- Dobrze, a teraz zadam Ci parę pytań, proszę o szczere odpowiedzi. Zgadzasz się?
Kiwam głową, nie bardzo przekonana. 
- Ile jesz?
- Cztery, pięć talerzy. Tak mniej więcej
- Katniss, nie kłam - odzywa się Peeta. 
- Chodź na słówko - ciągnę go za rękę na niemal drugi koniec pokoju i szepczę: - Cicho bądź, jak on się dowie, to wyląduję w pokoju bez klamek! Rozumiesz o co mi chodzi?
- Rozumiem Katniss, ale nie kłam - odszeptuje.
- A tak w ogóle, to skąd ty wiesz ile ja jem? 
- Sae nie przychodzi tylko do ciebie. 
Niezłe ziółko z tej Sae, myślę. Bo tak trudno trzymać język za zębami.Idę z powrotem na krzesło. 
- Więc ile jesz? - ponawia pytanie doktor. 
- Czasami nawet żadnego talerza dziennie. 
Doktor notuje. 
- Jak często wychodzisz na dwór?
To wszystko mnie już irytuje, więc mam ochotę obrócić to w ironiczny żart. 
- To jest to z kwiatkami, trawą, ziemią, świeżym powietrzem i słońcem? To nie, nie znam gościa. 
- Ironia - znów mamrocze bazgrząc na clipboardzie. - Dobrze, a teraz pokaż ręce. 
- Po co to Ci do szczęścia? Biografię mi napiszesz? - warczę. 
Peeta łapie dokładnie TĄ rękę pod stołem i szarpie, aby wyciągnąć ją do lekarza, tylko się uświadamiam, co on robi, od razu szapie dłoń do siebie, wiem jednak, że Peeta jest silniejszy, w końcu udowadnia to, wyciągając moje łapsko na stół i podwijając mój rękaw. 
- Może zobaczę co tam jest?
- A może nie? 
- Skoro nie, to nie. Możecie już iść.
- W końcu! 
Aurellius odprowadza nas do drzwi i woła Annie, a ona wchodzi do pokoiku.

- Nie było tak źle u doktora, co nie? - pyta się Peeta, kręcąc kosmyk moich włosów na palcu.
- Daj spokój, ten facet jest okropny.
Leżymy w łóżku, oglądając gwiazdy za oknem i rozmawiając. 
Wymieniamy jeszcze pare zdań i ja zasypiam. 




   











czwartek, 3 lipca 2014

2

    Rzadko dodaje, ale się to niedługo zmieni. Obiecuje. 

~ Invictus 
---------------------------------------
     Budzi mnie dokuczliwy ból w żebrach i stukanie w drzwi. Widocznie wczoraj, zalewając się łzami musiałam zasłabnąć. Może zasnąć, jeśli drugie, wydaje mi się niemożliwe, miałabym cholerne koszmary. 
- Proszę - wyrzucam gardłowo. Do pokoju wparowuje Johanna. 
- Co się stało? Wczoraj w nocy? - Johanna siada obok mnie i obejmuje mnie ramieniem. 
- Peeta znów miał... to - mam nadzieję, że rozumie, ubranie tego w słowa było by dla mnie jeszcze bardziej bolesne. Johanna rozumie. 
- A to nie było tak, że już jest Happy End? Że wy już w Dwunastce jesteście razem od jakichś czterech miesięcy?
- Nie, dopiero wczoraj rano. 
- Aha - mówi. - Nie rycz, makijaż rozmażesz - dodaje po chwili, po tym jak widzi pierwszą łzę na mojej oliwkowej twarzy. 
- Przecież ja nie noszę tapety!
- To wyobraź sobie! Wyobraźnia, ważna rzecz, więc jej łaskawie użyj - warczy.
    Johanna uspokaja mnie, ale z rysą swojej ostrości, ignorancji i nienawiści do całego świata. Przekazuje mi swoją siłę, nie jest delikatna, nie uważa by mnie choć trochę zranić. 
   Johanna w końcu uważa, że może wyjść. 
   Skubię tosta w salonie, moi trybuci już dawno poszli na trening. Nie mam dla nich rad, nigdy nie mentorowałam. 
   Idę do sypialni i leżę na plecach, z rozwalonymi ramionami i nogami w kierunku kątów łóżka. Mija mi tak połowa dnia. Potem zaczynam rozmyślać. Czy Peeta już znormalniał? Cholernie za nim tęsknię. 
   Z braku czegokolwiek, nawet jakiegoś impulsu z zewnątrz, zaczynam kurczowo zaciskać dłonie. Bieleją mi knykcie, w środku dłoni, jeden, długi paznokieć przebił delikatnie skórę. Nie boli, ale idę do apteczki na ścianie. Chociażby, aby mieć ten cholerny jeden impuls. Wyjmuje plaster, i widzę jak spada na ziemię żyletka, potrącona przez moją rękę. Schylam się i podnoszę. 
   Impuls. 
   To mnie właśnie trafiło. 
   Biorę żyletkę i nacinam rękę. 
   Ból. Jedyne co czuję. 
   Upadam, sama nie wiem dlaczego. 
   Krew na panelach leje się. 
   To nie śmiertelna rana, ale boli jakby taka właśnie była. 
   Leżę, patrzę na spływającą krew, nie wiem ile czasu, ale z pewnością sporo. Każda kropla powoduje nową falę bólu. 
   Puka ktoś. Nie chce mi się otwierać. Nie chce mi się żadnego towarzystwa. Pewnie to Haymitch z flachami. Nie, nie będę pić. Więc nic nie mówię. Stukanie staje się w szybkie walenie w drewno. Długo nic nie mówię, nie wydaje żadnych oznak życia. W końcu ten ktoś nie wytrzymuje i słyszę klikanie w zamku. 
- Katniss? - delikatny głos pyta się licha. Nie Haymitch. Niebieskie oczy omiatają pomieszczenie, w końcu schodzą na róg pokoju w którym leżę. - Co ty zrobiłaś? - słyszę głos pełen troski, podnosi mnie z ziemi. Jedna ręka wsuwa się pod kolana, druga pod plecy. Kładzie mnie na łóżko, siada obok mnie i niezdarnie bandażuje moją rękę. - Nie rób więcej takich rzeczy. Dobrze?
- Okey - przytulam go. - Zostaniesz? 
- Zawsze. 


    Dzień mija mi spokojnie. Leżę obok Peety i wpatruję się w zachodzące słońce za szybą. Jemu musi się to bardzo podobać. Rozumiem to piękny kolor.  Zasypiam razem ze słońcem. 


***

   Śnią mi się dwie osoby, nie widzę twarzy, stoją tak, że można zobaczyć tylko obszar nóg, widać dłonie splecione razem. Goła stopa kobiety jest obwiązana czerwoną nicią a drugi koniec nici wije się, plącze w mały supełek, aż w końcu dociera do kostek mężczyzny obok i zawiązuje się wokół stopy, tak samo jak kobiecie. W tle rozbrzmiewa piosenka, którą znam. Tej piosenki dla odmiany nauczyła mnie matka. To jedyna piosenka którą ona mi przekazała. 

   Tuż po samiuśkich narodzinach, 
   Bogowie o niepojętych siłach, 
   Na kostce ci zawiązali, 
   Nić niewidoczną i jak miłość czerwoną
   To ona wyznaczy czyją będziesz żoną. 
   Drugi jej koniec będzie przy twoim wybranku.
   Natkniesz się na nić, może po południu, 
   Może o poranku. 
   Wtedy będziesz ją zbierać, 
   Aż do jego przystanku. 
   Nić ta nigdy się nie rozpadnie.
   Nie rozmoczy się, nawet gdy deszcz spadnie.
   A po śmierci bardzo różne pary, 
   Stoją przed bogów posiadłością
   I dziękują im, że oni połączeni, 
   Wieczną, nicianą miłością. 


   Piosenka opowiada o starożytnej legendzie państwa zwanego Chiny, które zostały zmiecione z powierzchni świata na skutek wielu katastrof. Chińczycy mieli piękne legendy. Mama mi je opowiadała na dobranoc, jak byłam mała. 



***

   Katniss się budzi. 
- Hej - zarzuca mi ręce na szyje, staje na palcach i całuje mnie. Uśmiecha się, mimo jej promiennego uśmiechu, nie mogę pozbyć się wrażenia, że jest smutna, może to przez bandaż na ręce. 
   Właśnie, ten bandaż i to co się kryje pod nim, to moja wina. Gdyby nie ja, to ona by sobie nic nie zrobiła. Nie umiem oceniać ran, czy to była śmiertelna czy nie. Jednak ona próbowała się zabić albo zranić. I to moja wina, bo inaczej czemu miałaby to robić, i akurat teraz? 



***


   Popołudniu chodzę po kapitolońskim rynku, brakowało mi świeżego powietrza przez te cztery miesiące w domu, poprawka, w jakimś mieszkaniu, ja nie czuję się tam jak w domu. 
   Siadam na ławeczce i nic nie robię. Podbiega do mnie mała dziewczynka, na oko siedem lat. Patrzy się na mnie wielkimi, czekoladowymi oczami a jej twarz jest otoczona masą rudych loków. Mała patrzy na mnie zdziwiona, zafascynowana i z szacunkiem. Nie wiem o- co jej chodzi, więc uśmiecham się zachęcając, by powiedziała o co jej chodzi. 
- W czym mogę pomóc? - pytam uprzejmie. 
- Łał, ty... ty... ty jesteś aniołem! - Oczy jej się jeszcze bardziej rozszerzają. 
   Że co!? Nie jestem aniołem, zabiłam masę osób, wywołałam tyle zła, nie jestem lepsza od najgorszych przestępców. 
- Co? 
- No to! Moja siostra uważa, że anioły mają bandaże na rękach, bo jest im źle na Ziemi. 
- Musisz mieć mądrą siostrę. 
- Miałam, Glimmer uważała, że dla aniołów prędzej czy później przyjdzie czas, by zabrano je z tego świata, wtedy jest im lepiej. 
Zabiłam jej siostrę i ona ze mną spokojnie rozmawia? I jej to nie boli? 
- To system, nie ty - jakby mi ta mała ruda w myślach czytała.