----------------------------------------------------------
Spaceruję sobie samotnie. Towarzyszy mi zachodzące słońce. Dostrzegam w oddali plac zabaw dla kapitolońskich dzieci, których w tym momencie nie ma, większość teraz siedzi w domach, bo ciemno się robi. Wchodzę na plac i siadam na huśtawce. Kiedyś w szkole bujałam się na jednej z dwóch spróchniałych przed naszą szkołą, miałam wtedy siedem lat.
Bujam nogami, aby się rozpędzić. Po paru minutach bujam się mocno. Za moimi plecami rozlega się głos:
- Nie jesteś na to za stara?
Odwracam głowę i widzę Gale'a.
- Nie! A Ty po co wchodzisz na plac? Czy Ty też nie jesteś za stary?
- Każdy by wszedł jakby zobaczył dorosłą osobę huśtającą się jak dziecko - Gale siada na drugiej huśtawce. - Ale tak z innej beczki, Haymitch ci powiedział?
- Co powiedział?
Gale klepie się otwartą dłonią, a ta spływa mu po twarzy.
- Wiem, że nie będziesz w niebo wzięta, ale każdy Zwycięzca który przyjechał do Kapitolu, MUSI się spotkać z doktorem Aurelliusem. To pomysł Paylor.
Wiem jedno, nie chcę go widzieć, nie potrzebuję go, sama wiem jak o siebie zadbać... Dobra, nie wiem jak to zrobić, ale on mi w tym na pewno nie pomoże.
- Nie potrzebuje go, radzę sobie doskonale.
Gale patrzy się na zakrwawiony bandaż na mojej ręce.
- No widać... - kręci głową z dezaprobatą. - Katniss, pamiętasz Betty z mojej klasy?
Betty to dziewczyna z Dwunastki, ona się cięła, zginęła podczas nalotu. Mama ją kiedyś odratowała.
Chowam rękę, tak aby Gale nie widział.
- Nie.
- Nie kłam, Katniss. Po co to zrobiłaś?
- A co cię to obchodzi?
- Bo się martwię!
- Wiem jak o siebie zadbać.
On jednak nie wydaje się przekonany.
- Przez ostatnie cztery miesiące się tylko upijałaś z Haymitchem.
- Może i się upijam, nic ci do tego.
Dźwięk komórki. Gale wyjmuje smartfona z kieszeni, stopuje huśtawkę i odbiera.
- Paylor, co się dzieje?.. Co? Okey, będę - rozłącza się. - Muszę iść - zeskakuje z huśtawki.
***
Wkładam czarny sweter i spodnie koloru khaki.
- Kazali mi iść z tobą - odzywa się Peeta za moimi plecami. - Haymitch uważa, że będziesz kłamała.
- Więc Haymitch się myli - warczę.
- Chodź nie marudź - łapie mnie za dłoń i splata palce z moimi. Idziemy do wyjścia, potem do gabinetu tego całego Aurelliusa.
W poczekalni siedzi naburmuszona Johanna, jej też się to nie podoba.
- Poroniony pomysł z tym całym doktorkiem. Ciekawe co za kretyn to wymyślił...
- Paylor - mówię.
- Bo ta to się niby zna - Johanna prycha.
- Panna Mason - doktor wychodzi przed drzwi gabinetu, Enobaria wychodzi posyłając mu wściekłe spojrzenia.
- Ani mi się śni - warczy Ciemna Masa, ale idzie.
Po paru minutach przychodzi Annie i siada na fotelu obok.
Johanna wychodzi z gabinetu wściekła, jeśli życie byłoby kreskówką, Johannie właśnie by dymiło z uszu.
- Panna Everdeen.
Posyłam spojrzenie zdolne zabić doktorowi. Peeta kładzie mi rękę na łopatkach i delikatnie pcha do przodu, więc idę, a on za mną.
Johanna śmieje się pod nosem.
- Nie no, oni są naprawdę nie rozłączni.
Zanim wejdę do gabinetu, dyskretnie zaciągam rękaw swetra do połowy palców i podkulam je. Peeta łapie mnie za tą rękę i próbuje rozerwać moje palce ściskające materiał, nie daję mu jednak tego zrobić. Dodatkowo chowam rękę za plecami, łapiąc drugą dłonią za nadgarstek. Peeta posyła mi spojrzenie, którego znaczenie potrafię tylko ja odszyfrować. Znaczy: Zostaw tę rękę do cholery! Bo co innego miałoby znaczyć?
Wchodzę do pokoiku i kręci mnie w nosie od tak niegustownych perfum pokoju- cynamon z asfaltem po deszczu, nie wąchałam w życiu gorszego połączenia. (Nie licząc róż i krwi.)
Doktor siada na swoim krześle, a my naprzeciw, facet w wiecznie brudnym kitlu parę razy przejeżdża wzrokiem specjalisty po mnie, potem pisze na clipboardzie mówiąc sobie co ma napisać:
- Obiekt ubiera się na czarno, oznaka żałoby, smutku i załamania.
-A khaki to co!? - warczę. - Seledynowy łamany przez pięć w tęczowe kwiatki?!
- Obiekt wyraża agresję werbalną - mamrocze znów.
Teraz rozumiem irytację Johanny.
- Co?!
- Obiekt nie przyjmuje faktów do wiadomości.
Kretyn nic więcej!
- Dobrze, a teraz zadam Ci parę pytań, proszę o szczere odpowiedzi. Zgadzasz się?
Kiwam głową, nie bardzo przekonana.
- Ile jesz?
- Cztery, pięć talerzy. Tak mniej więcej
- Katniss, nie kłam - odzywa się Peeta.
- Chodź na słówko - ciągnę go za rękę na niemal drugi koniec pokoju i szepczę: - Cicho bądź, jak on się dowie, to wyląduję w pokoju bez klamek! Rozumiesz o co mi chodzi?
- Rozumiem Katniss, ale nie kłam - odszeptuje.
- A tak w ogóle, to skąd ty wiesz ile ja jem?
- Sae nie przychodzi tylko do ciebie.
Niezłe ziółko z tej Sae, myślę. Bo tak trudno trzymać język za zębami.Idę z powrotem na krzesło.
- Więc ile jesz? - ponawia pytanie doktor.
- Czasami nawet żadnego talerza dziennie.
Doktor notuje.
- Jak często wychodzisz na dwór?
To wszystko mnie już irytuje, więc mam ochotę obrócić to w ironiczny żart.
- To jest to z kwiatkami, trawą, ziemią, świeżym powietrzem i słońcem? To nie, nie znam gościa.
- Ironia - znów mamrocze bazgrząc na clipboardzie. - Dobrze, a teraz pokaż ręce.
- Po co to Ci do szczęścia? Biografię mi napiszesz? - warczę.
Peeta łapie dokładnie TĄ rękę pod stołem i szarpie, aby wyciągnąć ją do lekarza, tylko się uświadamiam, co on robi, od razu szapie dłoń do siebie, wiem jednak, że Peeta jest silniejszy, w końcu udowadnia to, wyciągając moje łapsko na stół i podwijając mój rękaw.
- Może zobaczę co tam jest?
- A może nie?
- Skoro nie, to nie. Możecie już iść.
- W końcu!
Aurellius odprowadza nas do drzwi i woła Annie, a ona wchodzi do pokoiku.
- Nie było tak źle u doktora, co nie? - pyta się Peeta, kręcąc kosmyk moich włosów na palcu.
- Daj spokój, ten facet jest okropny.
Leżymy w łóżku, oglądając gwiazdy za oknem i rozmawiając.
Wymieniamy jeszcze pare zdań i ja zasypiam.